
O kontynuacji Przeminęło z wiatrem miałam pisać w poprzedniej notce, bo niewiele mam na jej temat do powiedzenia. Niestety poniosło mnie podczas tworzenia tamtej recenzji i nie starczyło już czasu na Scarlett. Niech więc i ta książka doczeka się swojej osobnej recenzji.
Po Scarlett sięgnęłam od razu po skończeniu Przeminęło z wiatrem. Jednak muszę się przyznać, że popełniłam ogromny błąd – przeoczyłam fakt, że książka ta została napisana przez zupełnie inną autorkę. Okładka egzemplarza, który czytałam, nie miała obwoluty, a strona tytułowa była skonstruowana tak, że na pierwszy plan wysuwało się nazwisko Margaret Mitchell. Czytałam więc w przeświadczeniu, że to drugie dzieło pani Mitchell. I przeklinałam. I złorzeczyłam. I nazwałam ją „pisarką jednej książki”.
Swój błąd zrozumiałam dopiero gdzieś w połowie książki, kiedy naprawdę nie miałam już ochoty przewracać dalej kartek. Natchnęło mnie, by poczytać opinie innych ludzi o kontynuacji wielkiej powieści. Wtedy zorientowałam się, że mam błędne wyobrażenie co do autorki i książka ma pełne prawo być okropnym gniotem, którym w istocie swej była.
O czym tak w ogóle jest Scarlett? Niestety, o dalszych losach mojej ulubionej bohaterki i o jej wielkiej przemianie z „tej złej, niedorosłej”, na „tą w pełni dojrzałą, wrażliwą, uczuciową i rodzinną kobietę”. Tu znowu się do czegoś przyznam – nie przeczytałam tej książki do końca. Dotrwałam mniej więcej do połowy, gdy Scarlett wybiera się w podróż do Irlandii, by poznać rodzinę swojego ojca. Potem skoczyłam szybko na koniec, by przekonać się, czy książka kończy się tak, jak się tego spodziewałam. Oczywiście, że tak. Pełny happy end, Rhett znowu się w niej zakochuje, ona już jest wspaniałą, dojrzałą kobietą, na dodatek mają kolejną cudowną córeczkę. Flaki z olejem.
Na początku jeszcze nie było tak źle, fabuła była w miarę wartka, coś się działo. Poznajemy rodzinę Rhetta, podziwiamy sztuczki Scarlett, która za wszelką cenę chce odzyskać miłość męża, dowiadujemy się kilku szczegółów z przeszłości. Wszystko było fajnie, dopóki Scarlett nie dostała konkretnego kopa od Rhetta i nie wpadła na pomysł, by zaznajomić się bliżej z rodziną swojego ojca. Tu zaczęły się dłużyzny, rozwlekłe opisy irlandzkich tańców, muzyki i zwyczajów, jakieś mało ciekawe tajemnicze wątki. Apogeum opowieść przeżyła w momencie, gdy Scarlett wyjechała do Irlandii. Tam dłużyzny przybierały gigantyczne rozmiary i nic już nie mogło uratować tej książki.
Opisy pani Mitchell były ciekawe, pełne uroku i przede wszystkim były lekkie. Nawet jeśli opowiadała o historii Południa, wojnach i o społeczeństwie, to nie czuło się tu żadnych dłużyzn. Niestety, tego samego stylu pani Ripley nie posiada. Mimo wielkiej sympatii, jaką darzę Irlandię, nie mogłam przez to przebrnąć.
Jeśli mam być szczera, to nie poleciłabym tej książki nawet komuś, kto był zawiedziony negatywnym zakończeniem Przeminęło z wiatrem. W końcu autorka nie zastosowała takiego zakończenia z byle powodu, ale był to ważny zabieg literacki, dopełniający całość powieści. Nie rozumiem po co psuć ideał dalszą częścią i to jeszcze średniej jakości? No chyba, że dla pieniędzy…
Z ciekawostek – znalazłam jeszcze jedną książkę:

Jeśli podobał Ci się ten post, zobacz również "10 sposobów na"Tagi: Alexandra Ripley, kontynuacja, Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem, recenzja, Rhett Buttler, Scarlett
