Książka Andrzeja Pilipiuka Norweski dziennik (tom 1) trafiła w moje ręce trochę przypadkowo. Czekając w bibliotece przeglądałam półkę z różnościami i gdy zauważyłam nazwisko autora, postanowiłam trochę przyjrzeć się jego twórczości. Słyszałam różne opinie na temat Pilipiuka, a czytałam jedynie fragmentarycznie Kroniki Jakuba Wędrowycza, które nie przypadły mi do gustu zupełnie, chciałam zatem sprawdzić co jeszcze może zaoferować mi ten pisarz. Zaczęłam czytać i w ciągu godziny przebrnęłam przez sporą część książki, postanowiłam zatem (za drobną namową) wypożyczyć ją i przeczytać do końca. Oto i wrażenia.
Muszę przyznać, że książeczkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, niemal bez zgrzytów. Historia głównego bohatera, Pawła, jest interesująca i wciąga, przeskakuje się ze strony na stronę by dowiedzieć się czegoś więcej. Sam główny bohater – czternastoletni chłopiec o kocich oczach, wyczulonym węchu i słuchu, nadto jedzący od czasu do czasu trawę, budzi sympatię i ciekawość. Poznajemy go w momencie, gdy po utracie pamięci próbuje przypomnieć sobie cokolwiek ze swojej przeszłości i nagle zjawiają się rosyjscy agenci, którzy utrzymują, że znaleźli jego prawdziwą rodzinę, mieszkającą w ZSRR (należy dodać, że akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych, w głębokiej komunie). Nim jednak zabierają chłopaka ze sobą, odbija go tajna, polska organizacja i wysyła pod zmienionymi danymi do Norwegii. Po drodze wychodzi na jaw, że nie jest to zwykły nastolatek – co sugeruje sam jego wygląd i fakt, że po wypadku, w którym stracił pamięć powinien już nie żyć, gdy tymczasem szybko wrócił do zdrowia – a jego przeszłość i przyszłość owiane są wielką tajemnicą. Jedyny problem w tym, że Paweł sam musi przypomnieć sobie kim jest, a to wydaje się dość trudne. Spotyka na swojej drodze wielu ludzi, którzy doskonale go znają, nikt jednak nie wyjawia mu niczego, co mogłoby mu pomóc. W międzyczasie czytelnicy dowiadują się, że istoty takie jak Paweł, nie są do końca ludźmi, a być może nawet w ogóle nie są ludźmi. Pierwszy tom kończy się nie rozwiewając żadnych tajemnic.
Pisałam już, że fabuła jest interesująca – a konkretniej ciekawi to, kim jest Paweł, dlaczego tak wiele osób próbuje go zabić, a jeszcze więcej osób się nim interesuje i jakie zadanie wyznaczono mu na przyszłość. Mimo wszystko denerwuje styl, w jakim napisana jest książka, powtarzające się w kółko motywy i momentami kulejący humor, zwłaszcza w dialogach. O ile Paweł jest chłopcem niezwykłym, to iście irytujące jest to, że jego rówieśnik i przyjaciel, a do tego wnuk Jakuba Wędrowycza, zna się na wszystkim, potrafi zbudować niemal dom od podstaw i to gołymi rękoma, a wieczorami albo kopie sobie bunkier, albo hobbystycznie konstruuje bomby. Troszkę zbyt wiele nagromadzenia niezwykłych zdolności i umiejętności, jak na nastolatków. Momentami dialogi między dwoma chłopcami, które w założeniu mają być zabawne i przerysowane, stają się wręcz nudne i irytujące, zwłaszcza, że jest ich dużo. O lataniu z siekierami nie wspomnę. Najbardziej jednak denerwujące były powtarzające się stale motywy – a to ze szpiegiem-leśniczym, który najwyraźniej był idiotą, dając się manipulować dwóm czternastolatkom (że już nie wspomnę o odwecie na grupie niemieckich nastolatków, która to scena była wręcz debilna), a to z kolei z wiecznymi pytaniami Pawła o swoją przeszłość i tą samą odpowiedzią – „nie mogę ci powiedzieć” (gdyż Maciek Wędrowycz doskonale był we wszystko wtajemniczony i znał chłopaka od dziecka). Po kolejnej z rzędu identycznej scenie człowiekowi się po prostu odechciewa. Odnosi się nieodparte wrażenie, że niektóre partie tekstu były jakby na siłę dokładane, aby tekst był obszerniejszy i mógł zamknąć się w trzech tomach, zamiast jednym. Gdy kończy się tom pierwszy, tak naprawdę czytelnik nie wie wiele więcej, niż na początku. Spokojnie można wyrzucić wiele scen i dialogów, które nic nie wnoszą do powieści, a jedynie powielają schematy. Takie rozwlekanie na siłę to ogromny minus i przez to niekiedy wręcz chciało się przerzucić te kilka kartek do przodu, żeby wreszcie coś się ruszyło.
Ogólnie rzecz biorąc książeczka dobra na letnie popołudnia czy wylegiwanie się na plaży. Bez większego polotu i ambicji – ot takie czytadło z ciekawym wątkiem, aczkolwiek z wieloma niedociągnięciami. Choć historia głównego bohatera mnie zaciekawiła, to jednak nie odczuję większej straty, jeśli drugi tom nigdy nie wpadnie w moje ręce. Polecam jedynie jako wakacyjną lekturkę nie zmuszającą do myślenia.
Tagi: Andrzej Pilipiuk, Literatura, Norweski dziennik, powieści, Recenzje


Bo to po prostu Pilipiuk ;) Literat-rzemieślnik, nie artysta, którego książki można z powodzeniem wliczyć w niezbyt zaszczytny nurt literatury toaletowo-plażowej… ;)
Z jego dzieł bardziej bym Ci polecił – patrząc na Twój gust – serię „Kuzynki” – można to nawet podpiąć pod urban fantasy, trochę historyczne, trochę przynudzające, ale czyta się to przyjemnie. Na pewno lepsze to od „Norweskiego Dziennika”.
Sam „ND” próbowałem przeczytać, dzięki Bogu pożyczyłem od znajomego nie kupiłem, bo po prostu wymiękłem. O ile opowieści o Jakubie Wędrowyczu przypadły mi do gustu – krótka forma, humor (niskich lotów, ale tam akurat pasował świetnie), postacie dosyć charakterystyczne, tak tu… Cóż, Pilipiuk chciał po prostu napisać coś adresowanego do młodszego czytelnika (takie były wstępne zamierzenia), a przy tym interesujące i starszego odbiorcę. O ile dobry pisarz postanowiłby tam zamieścić jakiś głębszy aspekt filozoficzny, który dzieci by po prostu zignorowały, a dorośli z radością się w niego zagłębiali, Pilipiuk postanowił dorzucić trochę przemocy (bodaj w następnych częściach – nie czytałem, widziałem tylko recenzje) i wnuka bohatera najpoczytniejszej serii jego książek, czyli Maciusia, który również w historiach o Jakubie pojawiał się wielokrotnie. Efekt tego jest jaki jest… ;)
Swoją drogą, postanowienie prześledzenia Twojej pozalastinnowej działalności uważam za jeden z lepszych pomysłów ostatnich dni – zarówno „Herbaciane Nonsensy” jak i ten blog (za Thaumadzein dopiero zamierzam się zabrać ;) ) i opowiadanie na pewnym-forum-literackim (tam też dotarłem, a jak!) pozwoliły mi spędzić piątkowy wieczór w domu i to sposób ciekawy. Za co serdecznie dziękuję. ;)
Pozdrawiam,
Kutak
Ups, mały problem – na Google Chrome każda emotka „wrzucana” jest jako oddzielna linijka tekstu. Nie wiem jak na innych przeglądarkach, tam jeszcze komentarza nie widzę, zapewne musisz go wcześniej zaakceptować.
No, tak uprzejmie donoszę. ;)
Ojoooj poczułam się śledzona ;-) Z tymi emotkami to nie tylko pod Chrome, ale wszędzie, niestety. Nie wiedziałam jak to zmienić, więc wywaliłam i tyle. A komentarze są moderowane, ale jak Cię już raz zatwierdziłam, to następne powinny się pojawiać bez moderacji. To tak z racji wyjaśnienia ;-)
To miła niespodzianka, że tu trafiłeś i prześledziłeś moją działalność. Właściwie to na LI nie ma już żadnej mojej działalności, prócz tych kilku sesji, nawet już w zasadzie nie odnajduję tam tematów dla siebie. Moje zainteresowania odbiegły bardzo od RPG i rozwinęły się w trochę odmiennym kierunku, dlatego teraz siedzę głównie na Weryfikatorium. To się chyba nazywa ewolucja ;-)
Mam nadzieję, że będziesz tu czasem wpadał, bo jak widać w sumie nikt mnie tu nie odwiedza :-( Pozdrawiam bardzo cieplutko!
Z emotikonami w sumie nawet i lepiej, blog w końcu literacki, a wśród cech odbiorcy słowa pisanego (szczególnie jeśli chodzi o literaturę piękną) powinna znajdować się też i wyobraźnia, więc można nawet podczepić ich brak pod działalność misyjną „Dia ti”. ;) A i dwa znaki stricte interpunkcyjne czasem mają większy urok niż standardowe, żółte mrodki. :)
Dawniej, jak zapewne pamiętasz, byłem stałym czytelnikiem Twojego bloga. Prawdę mówiąc byłem przekonany, że po prostu zakończyła się jego działalność – odkrycie Millyanny, czy też teraz „Herbacianych nonsensów” było dla mnie przyjemnym zaskoczeniem, a dalsza droga… No, w śledztwie pomogły mi te trzy adresy zdobyte dzięki ofercie Sola. :)
A sam na LI też poza sesje mało kiedy wykraczam, najwyżej żeby się z kimś pokłócić. ;) Za to Weryfikatorium sam przeglądam od jakiegoś czasu (z tym, że polecił mi je lastinnowy Lost, dopiero później na Ciebie tam natrafiłem), kto wie, czy sam tam czegoś nie opublikuję, bo mój strach przed prozą własnego autorstwa (słusznie nabyty po zapoznaniu się z własną twórczością z okresu okołogimnazjalnego) powoli mija. Może faktycznie czas pokazać światu coś poza dramatami (one mi jakoś wychodzą… chyba. :P)? Zobaczymy, w razie czego liczę na Twoją opinię. ;)
Pozdróweczki ;)
No proszę, nie wiedziałam, że mamy na Wery jeszcze kogoś z LI :-) Jeśli chodzi o Twoje opowiadania, to chętnie poczytam, więc czym prędzej coś wrzuć. Nie wiem tylko, czy będzie się do czego przyczepić ;-) Na Wery jeszcze niczego nie komentowałam, bo przy tamtejszych użytkownikach czuję się malutka i mało doświadczona, ale na innym forum literackim (na które już nie zaglądam ze względu na strasznie zaniżony poziom) czasem dla rozrywki coś zjechałam ;-)
A tak w ogóle to Ty prowadzisz jeszcze jakieś blogi albo strony? Swobodne Kutaczenie to chyba od dawna już nie działa. Też chętnie pośledziłabym sobie Ciebie :-P
Mamy, mamy – przecież jednym z naczelnych przemądrzałków na owym forum jest pan „Piszę własny system po angielsku, bo polaczki-biedaczki go nie zrozumieją! :[” Ninetongues (czy jakaś inna wariacja) ;). A co do tamtejszych użytkowników, to bym nie przesadzał – czytałem głównie tematy „teoretyczne”, tam owszem, było paru wyglądających na obeznanych ze słowem pisanych, ale to też wiedza wyniesiona tylko i wyłącznie z własnych doświadczeń z książkami, raczej bez wiedzy stricte dotyczącej teorii literatury (którą ja znowu wałkuje od jakiegoś czasu regularnie – widmo polonistyki nade mną ciąży…:P). Poza tą jednak garstką mamy tam pełno grafomanów i „wielkih literatuw”, którzy pytają się o to, jakby to uśmiercić swoją postać. Poziom jak na LI, tylko inna tematyka ;)
Swobodne Kutaczenie nie działa, podobnież mój blog stricte erpegowy. Poza LI jestem bardzo niestały w uczuciach jeśli chodzi o strony internetowe, wolę więc nie brać się – póki co – za zakładanie czegoś swojego. Jest parę rzeczy, o których chciałbym pisać, ale w nich muszę jeszcze trochę się podszkolić… ;) Więc póki co nie masz jak trafić na borsucze tropy w i-necie z tego tylko prostego powodu, iż takowe nie istnieją. ;)
Recenzja „Norweskiego dziennika” niemal idealnie pasująca do mojego zdania na temat tej książki i jej autora: http://www.literatura.gildia.pl/tworcy/andrzej_pilipiuk/ucieczka-w2/recenzja