niedziela, 12 Czerwiec 2011

Artykuł o liberaturze miał się kiedyś znaleźć na tym blogu. Ostatecznie troszeczkę go przerobiłam i posłałam do Periodyka Świętokrzyskiego. Dziś Marek, redaktor naczelny Periodyka, całkiem przypadkiem przypomniał mi, że zupełnie zaniedbałam Dia ti, recenzje i literaturę. Trudno mi na szybko zorganizować nowy materiał, więc będzie pierwotny szkic krytyczny o liberaturze.

Najpierw garść konkretów. Co kryje się za tym soczystym neologizmem? Po przeczytaniu kilku artykułów na ten temat, w pamięć zapada kilka słów-kluczy, którymi najchętniej posługują się teoretycy i propagatorzy liberatury. Przede wszystkim to połączenie kilku terminów i wykorzystanie wieloznaczności słów: liber – łac. ‘książka’, ale i ‘wolny’, libra – łac. ‘waga’ oraz literatura. Rzuca się także w oczy często powtarzany slogan liberatura to literatura totalna.

Na portalu Wydawca.com.pl w artykule Czym jest liberatura? znalazłam krótką i zwięzłą definicję:

Liberatura to nowy gatunek literacki, w którym tekst i materialna forma książki (łac. liber) stanowią nierozerwalną całość. W utworze tego typu znacząca jest nie tylko warstwa słowna, ale również kształt i budowa książki, jej format, liczba stron, układ typograficzny, wielkość i krój pisma, zintegrowany z tekstem rysunek czy fotografia, wreszcie rodzaj papieru lub innego materiału. Czytelnik ma do czynienia z dziełem totalnym, które może przybrać dowolny kształt, co w praktyce oznacza niekiedy radykalne odejście od tradycyjnej budowy książki. Jest to zarazem dzieło w pełni autorskie, kontrolowane przez pisarza na każdym etapie powstawania.

Strona Małopolskiego Instytutu Kultury poświęcona liberaturze wypełniona jest teorią i przykładami takich dzieł, które pretendują do roli literatury totalnej, w której wszystko ma znaczenie – nawet oderwany kawałek kartki. Można tam znaleźć wiele zdjęć takich książek, zgromadzonych w jedynej w Polsce bibliotece liberatury w Krakowie. Na stronie dostępne są również artykuły dotyczące tego zjawiska, zwłaszcza teksty Zenona Fajfera, który w 1999 r. jako pierwszy zwrócił na nie uwagę, stworzył termin ‘liberatura’ i rozpropagował jej ideę.

Przeczytałam kilka tekstów na ten temat, m.in. wywiad z Zenonem Fajferem w Puzdrze i artykuł Liberatura: słowo, ikona, przestrzeń na stronie Dwutygodnik.com.pl. I szczerze mówiąc mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem ten pęd do teoretyzowania, nazywania, dorabiania teorii. Pan Fajfer ma trochę racji mówiąc, że ignorując teorię literatury „odnosimy się lekceważąco do samego dzieła”. Okey. Teoria jest ważna. Ale co my tu mamy? Czy przypadkiem nie wchodzimy tu na teren „przerostu formy nad treścią”?

Z tego, co możemy się zorientować, takie dzieła, w których liczy się nie tylko treść, ale i sposób jej przedstawienia, zaszyfrowane znaczenia – powstawały już od dawna. Wcześniej nikomu nie przeszkadzało, że nie ma na to osobnej nazwy, wręcz osobnego gatunku. Dlaczego nagle teraz powstała taka potrzeba? I robi się wokół tego takie zamieszanie? Obawiam się, że zamiast wnosić coś nowego, wartościowego do literatury, liberaci będą prześcigać się w wymyślaniu coraz dziwniejszych form i nośników. Teraz już nie liczy się sama treść, przekaz jaki ze sobą niesie. Już nie zastanawiamy się nad tym, co czytamy. Teraz wymaga się od nas, żebyśmy podziwiali zamysł autora „dzieła totalnego”, który pociął kartki swojej książki, albo wsadził zwitek do butelki. Kojarzy mi się to raczej z nowoczesną sztuką, galeriami wypełnionymi przedziwnymi instalacjami, niż z literaturą właściwą.

Być może należę do tych ludzi, którzy popełniają błąd zawężając literaturę do tekstu. Wszelkie określenia, jak „totalność”, „liberalność” itd., nie przemawiają do mnie. Chcę czytać i myśleć o tekście, o odniesieniach w nim zawartych, a nie zastanawiać się jak otworzyć „książkę”. Nie neguję przydatności takich wynalazków – to ciekawe i wygląda interesująco. Chętnie obejrzałabym sobie tą krakowską czytelnię liberatury, tak z ciekawości. Ale nie chciałabym, żeby literatura szła w tym kierunku. A już zupełnie nie rozumiem E-liberatury (linki i informacje na tej stronie).  Obawiam się trochę, że twórcy szukają coraz to nowych, nieodkrytych przestrzeni, chcą tworzyć coś nowego, nowatorskiego, podczas gdy można odnieść wrażenie, że w tradycyjnej literaturze „wszystko już było”. Liberatura daje im taką możliwość, odwraca uwagę od samej treści, każąc poszukiwać różnych innych sensów w samym nośniku. Z jednej strony daje to więcej możliwości interpretacyjnych i poszerza pole działania autora. Z drugiej strony odnoszę wrażenie, że marginalizuje się w tym momencie to, co dla mnie w literaturze jest najważniejsze – treść, przekaz. Wydaje się to być bardziej zabawą z książką, eksperymentem, niż wyznacznikiem przyszłej drogi dla literatury. Można taki „nośnik” sobie pooglądać, podumać, zastanowić się „co autor miał na myśli”. Ale nie wyobrażam sobie obcowania z liberaturą na co dzień, czytania książki z okładką z kamienia w pociągu, czy rozwijania wielometrowych zwojów z zakładkami wieczorem w łóżku. Nie jest to ani wygodne, ani praktyczne, ani ciekawe – może nawet irytujące na dłuższą metę. Myślę, że liberatura, zamiast pretendować do roli literatury totalnej, zostanie sprowadzona do roli ciekawego gadżetu czy też rekwizytu dla inteligencji. Do odłożenia na półkę i zwiedzania w bibliotece.