Książka Carlosa Ruiza Zafona trafiła w moje ręce przypadkiem, wyciągnięta „spod lady” z referencją „to specjalnie dla naszych wymagających czytelników”*. Przeczytałam opis z okładki i pomimo świadomości, że to druga książka cyklu Cmentarza Zapomnianych Książek poczułam, że muszę ją przeczytać.
W mrocznej i niespokojnej Barcelonie lat dwudziestych XX wieku młody pisarz, żyjący obsesyjną i niemożliwą miłością, otrzymuje od tajemniczego wydawcy ofertę napisania książki, jakiej jeszcze nie było, w zamian za fortunę i, być może, coś więcej… Z niezwykłą precyzją powieściopisarską i w charakterystyczny dlań, oszałamiającym stylu autor Cienia wiatru ponownie przenosi czytelników do Barcelony Cmentarza Zapomnianych Książek. Obdarowuje nas niezwykłą intrygą, romansem i tragedią, prowadzi poprzez labirynt tajemnic, gdzie czar książek, namiętność i przyjaźnie splatają się w mistrzowskiej opowieści.
Jak na książkę, która liczy sobie ponad 600 stron, Grę Anioła czyta się zaskakująco szybko, niemal połykając całą fabułę. Gdyby nie inne zajęcia, które zmuszały mnie do przerwania lektury, mogłabym zagłębiać się w niej od rana do nocy. I trzeba przyznać, że jest w czym się zagłębiać. Ale po kolei – zacznijmy od zarysowania fabuły.
David Martin to początkujący, ale dobrze rokujący pisarz. Poznajemy go w wieku lat siedemnastu, gdy dostaje nieoczekiwaną szansę od losu – wydawca podrzędnej gazety, w której młody David pracuje, pozwala mu opublikować jedno z jego opowiadań. Wbrew wszelkim oczekiwaniom opowiadanie zyskuje ogromną popularność, która przysparza pisarzowi tyleż samo fanów, co wrogów, w związku z czym jest zmuszony pisać pod pseudonimem, pod ogromną presją i za niewielkie pieniądze. Martin zaczyna snuć opowieść o swoim ciężkim dzieciństwie, w którym miłość do książek zastępowała mu miłość rodziców. Jednocześnie przedstawia nam swoich najbliższych przyjaciół – Pedra Vidala, protektora, który zawsze chronił go i pomagał, księgarza Sempere, który zastępował mu ojca oraz piękną Cristinę Sagnier, miłość młodzieńczych lat. Wraz z kolejnymi rozdziałami poznajemy dalsze losy Davida, wypełnione bólem tworzenia, samotnością i zmaganiami z chorobą. Aż do momentu kulminacyjnego, w którym pojawia się tajemniczy Andreas Corelli, wydawca z Paryża, który proponuje Martinowi układ – pisarz stworzy dla niego książkę, której nikt nigdy jeszcze nie zdołał napisać, a w zamian zyska ogromną fortunę i odzyska zdrowie. Przyjęcie tej propozycji wciąga Davida w szereg dziwnych i niewyjaśnionych wydarzeń, a odkrycie zagadki sprzed lat stanie się kluczem do ocalenia własnego życia i uwolnienia się od zobowiązań, które go przerosły…
Cała historia jest opisana z niezwykłą precyzją, widać, że Autor włożył w nią sporo wysiłku, poukładał wszystkie elementy tak, by miały swoje odpowiednie miejsce w powieści. Żadne wydarzenie opisane w Grze… nie dzieje się przypadkowo, wszystko ma swoje wytłumaczenie, swoje przyczyny i późniejsze skutki. Osobiście najbardziej podobała mi się postać Davida Martina, zbudowana z krwi i kości, pełna zarówno idealizmu, jak i mrocznych stron i wad. Widać, że ta postać żyje, że ma emocjonalny stosunek do wszystkiego, co opowiada i do postaci, które spotyka.Wspaniale zbudowany jest wizerunek pisarza, jego zmagań z własnymi ambicjami, niemocą twórczą czy wręcz przeciwnie – szałem tworzenia. Sceny opisujące jego pracę, przemyślenia, cały jego zawód są mi niezwykle bliskie. Zwłaszcza zaś tragikomiczne sytuacje na gruncie mistrz-uczennica, rozmowy o książkach, pisarstwie i ćwiczeniach stylu. Motyw mistrza i uczennicy nie jest może za bardzo odkrywczy, ale wykorzystany jest w interesujący sposób i pasuje do całości – zarazem uczy i bawi.
Muszę wspomnieć również o nawiązaniach do poprzedniej książki Zafona – Cienia wiatru. Nie czytałam jej, choć mam nadzieję zapoznać się z nią w najbliższym czasie. Wiadomo, że obie książki są ze sobą połączone niektórymi bohaterami, a konkretnie rodziną Sempere i częściowo Isabellą, uczennicą Martina. Akcja Gry Anioła dzieje się na kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat przed wydarzeniami poprzedniej książki. I choć nie czytałam tamtej książki, nawiązanie postaci wydaje mi się bardzo ciekawe. Natomiast to, co mi się nie podobało, to wrzucenie jakby na siłę Cmentarza Zapomnianych Książek do fabuły Gry… Tak jak pisałam wcześniej, żadne wydarzenie nie jest dla fabuły obojętne, także i Cmentarz znalazł tu swoje zastosowanie, ale wydało mi się to jedynie chwytem marketingowym – czytelnicy, którzy przeczytali poprzednią książkę i byli uczuciowo związani z tym miejscem, sięgną i po tą lekturę, by poczuć jeszcze raz ten sam klimat. Tyle, że tego klimatu tam nie ma. Cmentarz jest opisany bodaj w jednym rozdziale, na dodatek dość niedbale, jakby Autor liczył na to, że wszyscy znają już to miejsce, więc nie trzeba się wysilać przy opisywaniu go. Skoro jednak już znalazł tam swoje miejsce (chociaż moim zdaniem można było ominąć ten wątek i wydarzenia w nim zawarte umieścić gdzie indziej, odpowiednio modyfikując ten fragment), powinien być opisany z należytą dbałością. Nie czytałam Cienia wiatru i nie poczułam klimatu tego miejsca, a tak być nie powinno, tym bardziej, że na okładce dwukrotnie wspominany jest Cmentarz – chyba tylko jako wabik na czytelnika.
Kolejnym mankamentem, który z czasem zaczyna rzucać się w oczy, jest fakt, że w dialogach inni bohaterowie książki mają często ten sam styl wypowiedzi, co David Martin – przeważnie ironiczny, zdystansowany, pełny ciętych ripost o humorystycznym zabarwieniu. Można to jednak wytłumaczyć specyficzną narracją pierwszoosobową – wszystkie wydarzenia widzimy oczami głównego bohatera, jest to w głównej mierze zapis wspomnień tego, co się działo, a to z kolei powoduje, że Martin mógł inaczej odtworzyć dialog niż miało to miejsce „w rzeczywistości”, zabarwić go swoim stylem wypowiedzi. Mimo wszystko uważam, że dialogi są prowadzone mistrzowsko, choć cały czas w tym samym stylu. Humor, cięte odpowiedzi i ironia to mocne strony tej powieści. Nie raz setnie się uśmiałam czytając czy to przemyślenia, czy też właśnie dialogi (zwłaszcza rozmowy Davida z jego uczennicą, Isabellą, są powalające). Do tego żywe opisy i akcja tocząca się zdecydowanym rytmem – Autor nie spieszy się, powoli odsłaniając całą historię Martina, raz po raz dorzucając kolejne cegiełki do tej układanki, zaskakując czytelnika coraz bardziej.
Schody zaczynają się mniej więcej na 80 stron przed zakończeniem powieści. Idealny rytm gdzieś zaczyna się gubić. Autor przyspiesza akcję, operując nowymi informacjami w zastraszającym tempie. To, co wcześniej rozmieszczone było na kilkudziesięciu stronach, teraz ściaśnia się do rozmiaru kilkustronicowego rozdziałku. Wydarzenia galopują do przodu aż do epilogu, a gdzieś po drodze gubi się najważniejsze – o co właściwie chodzi? Zakonotowałam poszczególne wydarzenia, ale za nic na świecie nie mogę zrozumieć co właściwie się wydarzyło. Na czym polegała cała intryga? Po co Martin pisał ową tajemniczą książkę? Umknęło mi to zupełnie. Ale to jeszcze nic. Gdyby książka zakończyła się wraz z ostatnim rozdziałem, miałabym na to wytłumaczenie (o czym za chwilę). Niestety, był jeszcze Epilog – gwóźdź do trumny. Nie spodziewałam się tak drętwego zakończenia, grającego na uczuciach, niemalże happy endu w hollywoodzkim stylu. Ta książka zasługuje na coś więcej. Czytelnik zasługuje na coś więcej! Epilog był najbardziej rozczarowującym momentem tej książki. O ile do pewnego momentu czytało się cudownie, a opowiadana historia była doprawdy bajeczna, tak końcówka przybiła mnie zupełnie. Autorze! Czy goniły Cię terminy? Czy nie byłeś w stanie wymyślić niczego lepszego? Brak natchnienia, brak muzy? Och, przecież istnieje jeszcze coś takiego, jak zakończenie otwarte, niedopowiedziane! I to byłoby najwspanialsze, co ta książka mogła dostać.
A dlaczego? Otóż w trakcie zagłębiania się w opowieść Davida, zwłaszcza po wątku poważnej choroby, potem spotkania Corellego i wreszcie rozpoczęcia spirali niewyjaśnionych wydarzeń, zaczynała rodzić się we mnie pewność, że nasz bohater jest schizofrenikiem. I motyw ten niezmiernie mi się podobał. Na końcu wszystko już wskazywało, że Martin postradał zmysły, żyje w wytworze swojej własnej wyobraźni, która w dodatku wpędza go w zabójcze tarapaty. I gdyby zakończenie pozostawiało cień wątpliwości, gdyby nie było wiadomo, czy rzeczywiście wszystko to zdarzyło się tylko w chorym umyśle pisarza, czy też miało miejsce naprawdę – och, to byłoby właśnie owo idealne zakończenie. Po części tak właśnie kończy się ostatni rozdział. Ale po nim następuje Epilog… który zniszczył całe moje wyobrażenie, cały klimat, całe to niedopowiedzenie. Nie wyjaśnił żadnych wydarzeń, nie rozwiał wątpliwości, ale wszystko zepsuł.
Książkę jako całość oceniam na dobry z plusem i polecam. Mimo drobnych wpadek, które wymieniłam, oraz, moim skromnym zdaniem, zepsutego zakończenia, warto sięgnąć po Grę Anioła i przynajmniej przez 520 stron cieszyć się niezmąconą, świetną lekturą. Ostatnie osiemdziesiąt kilka stron można pominąć milczeniem – choć podobno mężczyznę ocenia się nie po tym jak zaczął, ale jak skończył…
Mam nadzieję, że uda mi się wkrótce sięgnąć po drugą książkę Carlosa Ruiza Zafona i zmalować jej równie dobrą, a być może, że jeszcze lepszą, recenzję.
*Swoją drogą warto mieć takie znajomości w bibliotece i dostawać książki „spod lady” ;-)Tagi: Carlos Riuz Zafon, Gra Anioła, Literatura, powieści, Recenzje
